Mgr inż. Chuligan

Rate this post

Są młodzi, inteligentni, w większości pochodzą z tzw. dobrych domów. Studiują, nierzadko na obleganych kierunkach renomowanych uczelni. Jak większość chłopaków w tym wieku interesują się futbolem. Mało powiedziane „interesują”. Znają na pamięć składy drużyn, ostatnie wyniki, miejsce w tabeli. Nie pozycja ukochanej drużyny odzwierciedla jednak ich siłę. Są silni siłą swych pięści i liczebnością grupy wyznającej takie same jak oni zasady. Fanatycy – tak sami o sobie lubią mówić. Chuligani i stadionowi bandyci – tak często określa ich prasa.

Najbadziej fanatyczne grupy kibiców na całym świecie zapewniają tez tzw. oprawy meczowe

Toaleta na 2. piętrze jednego z cenionych wydziałów wrocławskiego uniwersytetu. Kafelki, lustra, wszędzie czysto, widać, że niedawno wyremontowane. Ale nie to przykuwa wzrok. Wlepki. Małe, kolorowe naklejki, niektóre bardzo pomysłowe, inne nader infantylnej treści, szpecą biel drzwi, a te uprzednio już zerwane pozostawiły po sobie ohydne kleiste zacieki na lustrze. „Armia Białej Gwiazdy” – to o Wiśle – brzmi groźnie, zaraz obok wiszą „Strażnicy białej rasy”, a bohaterowie kolejnej oznajmiają: „Policja nigdy nie zamknie nam ust”. Przy tych ostatnich „Trzej królowie wielkich miast” w barwach Śląska, Lechii i Wisły jawią się całkiem pociesznie. Przeważają oczywiście te sławiące miejscowy klub, a właściwie jego kibiców, ale w uczelnianych murach połyskuje lakierem również „Torcida Górnik” – to ktoś z Zabrza, Legia, GKS Katowice, Odra Opole, a nawet żużlowy Falubaz. Widać od razu, że konglomerat dusz z różnych stron kraju. Wlepki w autobusach, tramwajach czy pociągach już nie dziwią, ale tutaj? Studenci przecież, inteligencja, „kwiat młodzieży”…

„Nasze Vlepki znajdziesz wszędzie”

– Szał z tymi wlepkami zaczął się jakieś 4 lata temu – mówi Maciek z Uniwersytetu Wrocławskiego, fan Śląska, który nie kryje, że sam jeszcze czasem coś „wrzuci”. – To głównie małolaty robią, ale nie ma reguły. Skąd te skrajnie prawicowe i gloryfikujące nacjonalizm? Jest sporo kiboli, którzy skinhedują, albo po prostu mają takie poglądy. Chcą, to produkują sobie takie, nikt im nie zabroni – dodaje. Pytam, czy pamięta te z grupką łysych osiłków kopiących czarnoskórego i podpisem głoszącym, że WKS to drużyna białych? – Pamiętam, ja ich nie robiłem, ale nie widzę nic złego. Nie jesteśmy w Afryce tylko w środku Europy. Przecież tu powinni grać biali, tak jak my, biali, im kibicujemy. Zresztą, pojedź na Lechię (Gdańsk – dop. autora), zobaczysz, ilu tam prawicowców i ile nienawiści do obcych. Wtedy sam załapiesz, że u nas to nic – kończy.

Wlepki, a zwłaszcza ich ilość, świadczą o liczebności i zaangażowaniu grupy. Wlepiają więc na potęgę. Najlepiej na terytorium wroga, tak jak te chorzowskiego Ruchu czy GKS Katowice we Wrocławiu. Wlepki wlepkami, jednak prawdziwy rozgłos i uznanie współtowarzyszy zyskuje się w bezpośrednich starciach z pseudokibicami znienawidzonych drużyn, na tzw. „ustawkach”, albo podczas stadionowych zadym. O ile te drugie, będące plagą w latach ’90, obecnie są już rzadkością (aczkolwiek w niższych klasach rozgrywkowych nadal się zdarzają), o tyle na „ustawki” zapanowała istna moda. Tłuką się wszyscy ze wszystkimi, a wyniki oraz echa tej swoistej rywalizacji szybko idą w kraj. O pomyłce nie ma mowy, zawsze ktoś nagrywa, a YouTube pełen jest filmików z takich pojedynków. Newsy o tym, kto kogo „zlał”, kto komu „skroił” flagę i ilu było fanów drużyny gości na wyjeździe, chłopaki przekazują sobie na wykładach na równi z wynikami meczów. Tym żyją. Chodzą więc na siłownię, czasem dorabiają na bramkach w nocnych klubach, a w weekendy, gdy do walki o kolejne ligowe punkty przystępuje ich drużyna, oni ruszają w ślad za nią. Nierzadko na swój własny bój.

„Wasza nienawiść umacnia naszą wiarę”

„Wiesz, jest taka zasada – największym wrogiem jest ten w mundurze.”
fot. Szymon Aleksandrowicz
Są zgody i są „kosy”. Przyjaźnie i wojenki. Nie ma zastoju, co rusz pojawiają się nowe antagonizmy i nowe układy, choć początku niektórych nie pamiętają nawet sami zainteresowani. Taką przyjaźnią „z brodą” na pewno jest ta pomiędzy kibicami wrocławskiego Śląska i gdańskiej Lechii. Później dołączyli szalikowcy Wisły Kraków i w ten sposób ukształtował się jeden z najpotężniejszych układów na polskiej scenie ultras. Przeciwwagą jest tzw. „Triada”, czyli układ pomiędzy pseudokibicami Arki Gdynia, Lecha Poznań oraz Cracovii. Na linii Poznań-Wrocław wrzało zawsze, Arka to śmiertelny wróg Lechii, a o antagonizmie pomiędzy fanami Wisły i Cracovii wie chyba każdy przedszkolak w Grodzie Kraka. Oczywiście ci z Gdyni nienawidzą także tych z Wrocławia i na odwrót. Wszystko jasne, nic tak nie łączy jak wspólny wróg.

– Jest parę wyjątków – wyjaśnia „Lewis”, 23-letni student Uniwersytetu Wrocławskiego (prosi by nie podawać kierunku). – Jeżdżę czasami na wyjazdowe mecze kadry. Wiesz, jest taka zasada, największym wrogiem jest ten w mundurze. Czasem, gdy tak się ułoży sytuacja, nawet z największym wrogiem napier… „psy”. Nie wierzysz? Są filmiki w sieci, poszukaj. A dwa, kiedy robi się „ciepło” za granicą i miejscowi coś kombinują, wtedy też często jednoczą się polskie siły. Ostatnio w Belfaście tak właśnie było, bo Irole od początku byli wobec nas wrogo nastawieni. Już dzień przed meczem w pubach czuło się wrogość, no i wiadomo, jak się to potem skończyło. I tak mieli szczęście, że tylu było „piknikowców” i fanów Małysza. – Co, stłukli was Irlandczycy? – prowokuję. – Nie, coś ty! – oburza się. – To my ich. Ale fajnie było – kończy z uśmiechem.

„Jeśli Bóg jest z nami, to kto jest przeciw nam”

– U nas zawsze jest wesoło, jak przyjeżdża Widzew – mówi Damian, student administracji, szalikowiec warszawskiej Legii. Zaraz ktoś intonuje na nutę znanego kawałka „Tylu Żydów w naszym mieście, nie widziałeś tego jeszcze. Popatrz, o popatrz!” i cała „Żyleta” wskazuje palcami na widzewiaków. To i tak kreatywnie, na pozostałych polskich stadionach króluje nieśmiertelne: „Cała Łódź – Jude, Jude, Jude!”. Cała, bo nie widzą powodu do oszczędzania ŁKS – drugiego z łódzkich klubów.

– Kiedyś, wiem, że mieliśmy zgodę z eŁKaeSiakami – mówi „Siwy” z Politechniki Wrocławskiej, fan Śląska. Ale to stare dzieje, znam tylko z opowiadań. Ponoć było nawet OK, w sumie nie wiem, czemu się rozpadło. No, ale dobrze, przecież Żyd Żydowi równy – ironizuje. Chyba rzeczywiście wierzą w to, co mówią, albo tak dobrze się kamuflują, bo wielokrotnie najbardziej oczywiste nawet fakty kwitowane są ripostami w stylu „tak pewnie przeczytałeś w Wyborczej – tym żydowskim dzienniku”.

„Jesteśmy jak zaraza”

Dla wielu kibiców wyjazdy na mecze kadry są równie wazne jak rozgrywki ligowe
fot. Marcin Siemieniec
Można inaczej. – Nie jestem żadnym pseudokibicem – zastrzega się Mario, 22-letni student z Zielonej Góry, fan Falubazu. – Dopinguję naszych od lat i to zagorzale, ale niczego nie demoluję ani nie biegam na żadne ustawki. U nas piłka zawsze była słaba, za to żużlem żyje cała Zielona Góra. To już tradycja, mój stary też chodził na speedway, jeszcze Huszcza był młody – śmieje się Mario. – Czy jest bezpieczniej niż na piłce? Generalnie tak, jest spokojniej. Chociaż też różnie bywa. U nas także jest chuliganka. „Falubaz Hool’s” się nazywają i wcale nie jest to 10 czy 15 „karków”. Ostatnio, pewnie żeby zaistnieć w światku, co rusz zmieniają sojusze. Teraz wymyślili sobie układ z Flotą Świnoujście. Rozumiesz, 12 tysięcy typa na stadionie, wszyscy dopingują, żyją meczem, a oni zaczynają skandować nazwę jakiejś kopiącej w II czy III lidze piłkarskiej drużyny. A jak nie chcesz skandować razem z nimi, to najchętniej wpier… Zresztą, pogadaj z kimś od nich, studenci też tam są, sam zobaczysz – zachęca. Nie udało się pogadać.

„Kobiet są miliony, Śląsk jest jeden”

Pseudokibice na obrzeżach sportu byli, są i nadal będą. Wytępienie ich to mrzonki, dobrze brzmiące w exposé kolejnych ministrów sportu, a szermowanie wszem i wobec przykładem angielskim nie do końca odpowiada prawdzie. Tam też nadal są chuligani. Wystarczy choćby przykład fanów Milwall czy Wimbledonu. Można jednak zepchnąć ich na margines i liczyć, że wraz z nowymi pięknymi stadionami (jak choćby ten żużlowy w Toruniu czy piłkarski w Kielcach) oraz nadziejami związanymi z EURO, przestaną oni wreszcie być jednym z głównych problemów polskiego sportu. Czy jednak nie jest to walka z wiatrakami, skoro nawet w środowisku akademickim, wśród tych, którzy już niebawem decydować mają o losach naszego kraju, są ludzie wyznający takie poglądy?

– Walenie w łeb „piknikowców”, krojenie małolatów z szalików czy demolowanie pociągów to nie jest żadna chuliganka – kontynuuje „Siwy”. – My swoje sprawy umiemy załatwiać we własnym gronie, a połowę z tych zadym, które tak potem pokazuje telewizja, prowokuje policja albo ochrona. W prewencji jest full psycholi, ochroniarze – to samo. Oni mogą wszystko, a ty pierdolniesz takiego i łapiesz się na parę lat kryminału – przekonuje. Dlaczego ryzykuje? – Wiesz, jeden idzie na mecz, żeby podziubać słonecznik i popatrzeć na gole, a ja szukam mocniejszych wrażeń. Jest adrenalina, czasem strach, wiadomo. Ale to nie tak, że nie interesuje mnie wynik drużyny. Na pewno mam ten klub w sercu. Poza tym, przecież to kosztuje wszystko, i to niemało – bilety na mecze, wyjazdy w Polskę, policz sobie.

Pytam, czy na uczelni inni wiedzą o jego „hobby”? – Jasne, na laborki wjeżdżam w kominiarce (śmiech). Niektórzy kumple wiedzą, inni nie, ci co mają wiedzieć, wiedzą. Ale to i tak nie ich biznes. Poza tym co, oni z klasztoru? A kto rok temu rozjeb… Juwenalia na „Wittigowie”? Fani Śląska? – śmieje się nasz rozmówca. Czy kibicowanie koliduje z nauką? – Różnie bywa, ale jak widzisz, jeszcze mnie nie wyrzucili. Fakt, teraz przed sesją muszę nieco dać sobie na luz, bo głupio byłoby na tym etapie zawalić.

– A za parę lat… żona, rodzina, będą dla ciebie ważniejsi niż Śląsk? „Siwy” (po chwili namysłu): – A lepszych pytań nie masz?

Śródtytuły pochodzą z haseł umieszczanych na wlepkach, transparentach i flagach stadionowych.

Na życzenie rozmówców niektóre imiona i pseudonimy zostały zmienione.

Jakub Horbaczewski

Dodaj komentarz